Bieszczady
No i znowu Bieszczady. Wyrwaliśmy się z Warszawy na tydzień między wizytami lekarskimi. Pogoda cudna, nie za ciepła, ale my właśnie taką lubimy. Dziś w nocy po raz pierwszy trochę popadało, i dobrze, bo sławne bieszczadzkie błoto zmienia się w pył, którym wiatr wieje w oczy.

To nowe zjawisko w Bieszczadach. Wróciliśmy wczoraj ze spaceru z butami zapylonymi, zupełnie jak w Yosemite. A przy każdym kroku podłoże dudniło. Przynajmniej tam, gdzie jeszcze nie ułożono schodów. Bo schody to nowa moda w Bieszczadach. Wszystkie stromsze podejścia są przerobione na schody. Mnie to akurat pasuje, ale S. nie lubi.

Wspominamy piękne czasy sprzed utworzenia Parku. Wchodziliśmy na wszystkie te szczyty ścieżkami i drogami wydeptanymi przez lata przez pasterzy, Łemków , Bojków, a po wojnie przesiedleńców i bieszczadników. Ale to nie były strome drogi. Bo jeśli ciągnął koń wóz, to musiało być to stosunkowo łagodne podejście. Jeśli stado szło na połoninę, to też nie stromą ścianą, lecz łagodną leśną drogą. Takimi właśnie chodziliśmy zanim Park zaczął majstrować przy szlakach. Wystarczyła porządna mapa i można było hasać po Bieszczadach do woli. No, prawie...

Dupnik. Tak nazywał się ten plecak. Był uszyty z mocnej bawełny i zainstalowany na bambusowym stelażu. Tak czy inaczej, wisiał zawsze nisko na pupie. Stąd jego nazwa.
Ach, te moje kucyki. Bardzo lubiłam wiązać w ten sposób włosy. Chodziłam w tym zabawnym uczesaniu zarówno po Bieszczadach, jak i Tatrach.
Chodzimy teraz po starych szlakach, które zmieniły się nie do poznania. Trochę nam szkoda tamtych Bieszczad, kiedy patrzymy na mijające nas Mercedesy. Wspominamy długie wędrówki kiepskimi szosami, z ciężkim plecakiem na plecach, w deszczu i skwarze. Czuliśmy wtedy, że to jest przygoda. Nie wiem, czy dziś ktokolwiek z mijających nas ludzi też czuje, że Bieszczady to przygoda. Obawiam się, że nie. Ale może?
Tu nawet "Zakaz wstępu' jest niebezpieczny.
Tu możesz skomentować ten tekst: Komentarze
Najnowsze wpisy na blogu