Nazaré w maju jest niewinne. Fale są małe, niebo bezchmurne, ocean w kolorze zielonej herbaty. Turyści chodzą po klifie przy forcie São Miguel Arcanjo i robią zdjęcia. Niektórzy schodzą wąską ścieżką za latarnią, tam, gdzie kończy się barierka i zaczyna się już tylko skała. Niebezpiecznie.
Wypatrywałam tego miejsca. Surferzy mają na tę strefę pod klifem własną nazwę: purgatory zone. Czyściec.
Między klifem a oderwanymi od niego blokami skalnymi jest wąska szczelina, przez którą Atlantyk wchodzi i wychodzi, wchodzi i wychodzi, z metodyczną obojętnością. Woda kotłuje się tu w sposób nasuwający myśl o cierpieniu — wielokrotnym, nieustannym i powtarzalnym. Tylko skały są w stanie oprzeć się temu naporowi. Gdyby Zeus szukał bardziej wyrafinowanych męczarni dla Prometeusza niż wydziobywanie wątroby, niewątpliwie mógłby go przykuć do tych skał.
Kiedy fala wchodzi w tę szczelinę, ciśnienie wyrzuca pianę na kilka metrów w górę. Kiedy odpływa, skały przez chwilę są suche i błyszczące, i wyglądają na dostępne. Tabliczka przy zejściu mówi, że kilkoro turystów zginęło tu porwanych przez fale, i to nie nie w czasie sztormu, ale w takie dni jak ten, ciche i słoneczne.
Zdjęcia, które zrobiłam, są z maja. Fale były małe.