Na naszej stałej trasie wycieczkowej wycięto kilkaset drzew, starych, pięknych, zdrowych. Wszystko pod S7. Piękna, zielona, a jesienią bajecznie kolorowa trasa padła ofiarą wspaniałych planów człowieka. Podobno są plany substytucji, ale zanim te nowo nasadzone osiągną rozmiary tych wyciętych, droga będzie latem gorąca jak patelnia.
Mieliśmy na polu wzdłuż tej oszpeconej dziś drogi swoje ulubione drzewo. Ulubione, bo bardzo fotogeniczne. Siadały na nim kruki i myszołowy, a tło zmieniało się bardzo w zależności od pory roku. Towarzyszyło naszym fotograficznym przygodom przez 14 lat. I to już koniec. Już go nie będzie, bo ono też złożyło ofiarę z życia na ołtarzu polskiego rozwoju cywilizacyjnego.

Nazywaliśmy go baobabem i mieliśmy nadzieję na kolejne zachwycające zachody słońca. Mało jest rzeczy równie smutnych jak śmierć długoletniego przyjaciela. Fakt, było tylko jednym z kilkuset, ale odczuliśmy to jak kolejny sygnał, że coraz mniej nas łączy z tym światem, z teraźniejszością i... przyszłością.

Coraz więcej naszych przyjaciół odchodzi. No cóż, ludzie nie żyją długo. Może to egoistyczne, ale osobiście liczyłam na tę długotrwałą przyjaźń. Jak dobrze było mówić "nasze drzewo" i za każdym razem wypatrywać za nim bajecznych zachodów.
***